Aktorka, psycholog, agentka…

 

To nie człowiek wybiera sobie filmy, tylko filmy wybierają człowieka – mówi Jowita Budnik, aktorka znana między innymi z pokazywanych podczas tegorocznego „Lata z Muzami” filmów: „Papusza”, „Ptaki śpiewają w Kigali”, „Jeziorak”, „Cicha noc” i „Szczęście”.

 

Dlaczego została pani aktorką?

Nie zostałam. Kiedy podejmowałam decyzję, co zrobić ze swoim życiem, aktorstwo było właściwie na ostatnim miejscu. Mimo że jako dziecko i nastolatka grałam bardzo dużo, to kiedy trzeba było zdecydować, co dalej z życiem, czyli wybrać studia, poszłam na Uniwersytet Warszawski. Z wykształcenia jestem psychologiem społecznym, a nie aktorką.

 

Czyli, gdyby nie granie w filmach i serialach, to byłaby dziś pani psychologiem?

Właściwie też nie, bo jak się okazało – a przecież mając osiemnaście lat często nie bardzo wiemy, co chcemy robić w przyszłości – co prawda skończyłam swoje studia, ale potem pracowałam jako agentka aktorska. I pewnie byłabym nią do dziś, bo tym zajmowałam się z przyjemnością przez ponad dwadzieścia lat.

 

Które z filmów określiłaby pani jako najbliższe sercu?

Nie mam takich. Trudno jest dokonać kategorycznego wyboru z kilku powodów: nie zagrałam w zbyt wielu filmach, a te, w których wzięłam udział, okazywały się przełomowe albo dla polskiego kina, albo dla mnie. Wszystkie z jakichś powodów są dla mnie ważne.

 

To w takim razie spytam inaczej – która rola była największym wyzwaniem?

No i znowu nie będę oryginalna. Każda była wyzwaniem. Tak się akurat złożyło – z jakimiś małymi wyjątkami ról drugoplanowych czy epizodycznych – że grałam głównie trudne role. Poza tym pracowałam przede wszystkim z parą reżyserów: Joanną Kos-Krauze i Krzysztofem Krauze, u których budowanie postaci wymagało wielomiesięcznych przygotowań, a później uruchomienia mnóstwa emocji. Na którąkolwiek nie spojrzę, to każda była dla mnie niezwykłym przeżyciem.

 

Czy uhonorowanie pani roli w filmie „Plac Zbawiciela”, sprawiło że ten obraz w pani ocenie jakoś zyskał?

Nigdy nie myślałam w ten sposób. Ten tytuł był przełomowy, bo był pierwszym filmem kinowym, w którym zagrałam główną rolę. Gdybym nie zagrała w „Placu Zbawiciela”, to pewnie w ogóle nie wróciłabym do aktorstwa.

Nagrody zawsze są miłe, ale z mojej perspektywy niczego nie załatwiają. To nie jest tak, że kiedy człowiek dostanie wyróżnienie, to potem sypią się propozycje. Może inni aktorzy tego doświadczyli – ja nie. Niezależnie od tego jak bardzo uhonorowana czy nieuhonorowana była moja rola, jakoś nie przekładało się to na dalszą pracę. Dowód uznania w postaci nagrody jest sympatyczny, ale niczego więcej w moim przypadku ze sobą nie niósł.

 

Czy był taki reżyser, z którym współpracę wspomina pani wyjątkowo dobrze?

No właśnie nie jeden reżyser, a dwóch. Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze, o których wspominałam wcześniej. Z tym duetem reżyserskim zrealizowałam łącznie siedem filmów. Joanna i Krzysztof zajmują szczególne miejsce w moim sercu.

 

Ile emocji i psychicznego wysiłku kosztuje zagranie Anny w filmie „Ptaki śpiewają w Kigali” czy tytułowej postaci w „Papuszy”?

Każda z tych ról jest zupełnie inna. Mogę mówić tylko za siebie, na podstawie własnych doświadczeń, ale wydaje mi się, że dla aktora im trudniejsza rola, tym lepiej. Najgorzej gra się rzeczy miałkie, w których nie ma się nic do powiedzenia, czy do przekazania: człowiek musi wypełnić – dosłownie – swoją obecnością ekran przez jakieś 1,5 godziny i nic za tym nie stoi. Na pewno w role trudne wkłada się sporo własnych emocji i płaci się większą cenę za zagranie takich postaci, ale są tego warte.

 

Czyli nie pomyślała pani nigdy: „A może przerzucę się na lżejsze kino? To przyniesie mi więcej pieniędzy, jednocześnie mniej mnie będzie kosztować emocji?”.

Szczerze mówiąc wykonywanie tego zawodu, w moim przypadku, nie przynosi dużych pieniędzy. Wręcz  przeciwnie, od czasu, kiedy przestałam pracować na etacie, moja sytuacja materialna radykalnie się pogorszyła, więc na pewno nie robię kina dla pieniędzy. A niezależnie od wszystkiego wyznaję teorię, że to nie człowiek wybiera sobie filmy, tylko filmy wybierają człowieka.

Jeśli nie dostanę propozycji zagrania w komedii romantycznej, to po prostu nigdy nie będę rozważać, czy chciałabym w takim filmie zagrać, czy nie. Nigdy nie byłam w sytuacji, że dzwoni do mnie producent czy reżyser komedii romantycznej i mówi: „A teraz będziesz grała narzeczoną milionera, która w kostiumie kąpielowym leży na Hawajach. I pije drinki z palemką!”. Nikt mi tego nigdy nie zaproponował, więc nawet hipotetycznie nie rozważam zagrania takiej postaci.

 

Żałuje pani?

Nie. Oczywiście, gdyby się okazało, że dostaję taką propozycję, to bym ją rozważyła. Ale tak jak mówię, aktor nie jest człowiekiem, który sobie wymyśla, co będzie grał, tylko wybiera spośród złożonych mu propozycji. Można się na nie godzić, lub je odrzucać. I tyle.

 

„Ptaki śpiewają w Kigali” to nie jest kino łatwe, przyjemne i komercyjne. Co przekonało panią do przyjęcia roli Anny?

Wszystko. Duet reżyserski, z którym pracuję od 20 lat i temat filmu: jego waga i wartość. Niespecjalnie lubię kino typowo komercyjne, często o niczym, więc za nim nie tęsknię. „Ptaki...” to film, który opowiada o bardzo ważnych rzeczach i który stawia fundamentalne pytania. Wiedziałam, że ta nasza wspólna praca i trud w nią włożony, to nie będzie zmarnowany czas. Od początku byłam przekonana do tej propozycji, scenariusz mnie poruszył, więc nie miałam żadnych problemów z podjęciem decyzji.

 

Jak wygląda przygotowanie do filmu, który ma podłoże historyczne? Czy przed „Ptakami…” pogłębiała pani swoją wiedzę na temat konfliktu Tutsi – Hutu, czy weszła pani w tę historię z marszu?

Nie wydaje mi się, żeby można było cokolwiek zagrać z marszu i nie dotyczy to wyłącznie kina historycznego. W polskim kinie okres przygotowań do zdjęć bywa różny. Akurat Joanna i Krzysztof do każdego filmu przygotowują się po kilka albo kilkanaście lat. Aktor, który wchodzi w ich projekt, staje się częścią pewnego procesu. Na stworzenie roli Anny – czy jakiejkolwiek innej roli w reżyserowanym przez nich filmie – miałam zawsze przynajmniej dwa lata. W tym czasie czytałam wszystko, co było do przeczytania i oglądałam wszystko, co było do obejrzenia na temat prezentowanej historii i mojej postaci. Odwiedzałam też istotne dla przyszłego filmu lokacje, rozmawiałam z ludźmi, chciałam poczuć atmosferę miejsc, o których opowiadaliśmy na ekranie.

Z kolei przed rozpoczęciem zdjęć do filmu „Papusza” przez 10 miesięcy uczyłam się języka romskiego. Musiałam też schudnąć prawie 20 kilogramów, bo byłam tuż po urodzeniu i wykarmieniu drugiego dziecka – niestety nie wyglądałam jak szczupła, taborowa cyganka.

Z marszu, moim zdaniem, nie da się zagrać nawet z pozoru błahej roli, bo trzeba się przynajmniej zastanowić nad podstawowymi kwestiami – co człowiekiem kieruje, dlaczego tak a nie inaczej postępuje, jakie są jego motywacje, jak postać zmienia się w przebiegu opowieści?

 

A czy to oznacza, że zawsze musi się pani utożsamiać z graną przez siebie postacią?

Nie. Muszę rozumieć wybory bohatera, szanować je, chcieć je obronić. Wiedzieć, dlaczego moja bohaterka ma na przykład uchodzić za kogoś złego. Powinnam też wiedzieć dlaczego tak a nie inaczej reaguje w danej sytuacji, dlaczego bywa odpychająca, czy antypatyczna?

 

„Ptaki...” przedstawiają życie uchodźców, ich problemy i bolączki. Czy pani zdaniem po obejrzeniu tego filmu ludzie będą mogli lepiej zrozumieć sytuację w Europie?

Niestety, należę do tej grupy, która uważa, że kino nie ma możliwości bezpośredniego  zmieniania świata. Bardzo bym chciała, żeby było inaczej, bo po to się robi ważne filmy, by stawiać istotne pytania i żeby ludzi skłaniać do zastanowienia się nad życiem. Tylko niestety nie wierzę, że ktoś, kto jest nastawiony antyuchodźczo, nagle, po obejrzeniu filmu na ten temat, przejmie się losem imigrantów. Jeśli ktoś nie rozumie, dlaczego ludzie porzucają wszystko, co zdobyli przez kilkadziesiąt lat swojego życia, dlaczego zostawiają przyjaciół i rodziny, a do tego narażając się na to, że utoną w Morzu Śródziemnym, pokonują wiele tysięcy kilometrów w poszukiwaniu azylu, to kino niczego tu nie zmieni. Jeśli ktoś nie rozumie, z jakiego powodu ktoś zmuszony jest ryzykować życie swoich dzieci, to obawiam się, że niczego nie rozumie, tak w kinie jak i poza nim. Takie jest moje zdanie.

 

Czy jest w tym filmie coś na co radziłaby Pani, takiemu zwykłemu, niewprawionemu odbiorcy jak ja, zwrócić uwagę?

Każdy widz musi przeżyć film po swojemu, przepuścić go przez swoją wrażliwość, nie ma żadnej uniwersalnej recepty, jak film odbierać. A najgorzej, kiedy twórca chce opowiadać widzowi, co ten powinien w nim zobaczyć. Ale mogę powiedzieć, co dla mnie szczególnie wyróżnia „Ptaki” – to cisza. Dojmująca cisza, która jest jednym z bohaterów filmu. Warto poczuć, jak ta cisza gra, bo muzyka pojawia się tylko pod napisami końcowymi.

 

Na naszym festiwalu dopiero pokażemy filmy „Ptaki śpiewają w Kigali” i „Papusza”. Co mogłaby Pani powiedzieć, aby zachęcić czytelników do przyjścia na seanse?

To są filmy, które, według mnie, najlepiej obejrzeć na dużym ekranie, bo są wysmakowane wizualnie, zwłaszcza „Papusza” i dużo tracą przy oglądaniu na ekranie telewizora albo komputera. Dlatego jeśli ktoś ma okazję i ochotę – nawet jeśli zna te filmy – to polecam je  w kinie właśnie ze względów estetycznych: dla niezwykłych obrazów, kadrów i zdjęć Krzysztofa Ptaka i Wojciecha Staronia.

 

Rozmawiała Amanda Puszcz