Teraz

Letarg reżyserii Szeptuchy

 

„Debiut robi się tylko raz i warto go zrobić najodważniej jak się da.”

~Jagoda Szelc[i]

 

 

Jesteśmy w beskidzkiej wiosce, przyjechaliśmy na spotkanie rodzinne organizowane przy okazji Komunii Świętej małej Niny. Czujemy się dobrze – jak w domu rodzinnym, wśród najbliższych osób, wspólnych problemów, „swojsko”. Mimo że po pierwszych minutach naszego przybycia coś zaczyna nas niepokoić, po części to ignorujemy, by nie opuszczać nęcącej tajemnicą (ale też pewną harmonią) twierdzy. Wtedy jeszcze nie wiemy, że zostaniemy wciągnięci do innego, nieznanego, a przez to przerażającego, świata.

 

Debiutancki film Jagody Szelc pt. „Wieża. Jasny dzień.” jest owocem jej niesztampowej wyobraźni i nieustraszonej chęci sfilmowania między-wymiarowej podróży. Decydując się na zostanie jej częścią, oscylujemy między poukładanym i racjonalnym światem Muli a metafizyczną i enigmatyczną sferą jej młodszej siostry Kai. Tym samym, wciąż siedząc przed ekranem, przemieszczamy się z klimatu polskiego serialu obyczajowego, poprzez portret psychologiczny, aż do thrilleru, gdzie różnica między rzeczywistością a fikcją zaciera się. Taka hybrydyczna forma filmu zyskuje coraz więcej fanów, na co dowodem jest choćby film „Uciekaj!” Jordana Peele, któremu, tak jak Jagodzie Szelc udało się poruszyć kilka wątków: społeczny, duchowy, a także metafizyczny. Niestety, mając zbyt wiele niejednoznacznych i wolnych w interpretacji wątków, czy nawet urywków, możemy odczuć zatracenie spójności. Budowana w naszych głowach od pierwszych kadrów wizja oraz wszystkie, logicznie, według naszej percepcji, ułożone elementy, w pewnym momencie mogą runąć jak domek z kart, pozostawiając jedynie zamęt.

 

Mimo że film można umieścić w rankingu obok zagranicznych pozycji, to czujemy w nim pierwiastek „polskości”. Wspomniana wcześniej „swojskość” i rodzinna atmosfera królująca w wielu scenach, sprawiają, że przez chwilę czujemy się częścią tej zamkniętej przestrzeni. Dobór aktorów, raczej niewidywanych wcześniej na wielkim ekranie, czyni opowieść bardziej autentyczną. Sprawia, że jesteśmy w stanie uwierzyć, że siedzimy przy stole wraz z nimi. Jednakże, pomimo ich przekonującej kreacji, główną rolę gra dźwięk. Wszystko co słyszymy podczas seansu, jest niejednokrotnie ważniejsze od tego, co widzimy. Cykanie świerszczy, szum wiatru czy brzęk kieliszków wina mogą wywołać dreszcz, szczególnie gdy w specyficzny sposób współgrają z obrazem. Niewątpliwie wszystkie usłyszane odgłosy, mogą doprowadzić nas do kolejnych interpretacji, pozwalając na utożsamienie się z bohaterem, sytuacją i – nie wprowadzają, a wręcz wciągają w panującą atmosferę.

 

Stylistyczna swoboda, charakteryzująca film, chroni go przed łatwą klasyfikacją, przez co intryguje, skłania do swobodnej interpretacji i zostawia nas z pytaniami: kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? W filmie o takiej konwencji możemy znaleźć miejsce dla siebie, wejść w letarg, a może właśnie z niego wyjść (?). Należy jednak liczyć się także z tym, że film znajdzie miejsce w nas, pozostając w pamięci i dając o sobie znać na końcu każdej prostej.

 

 

„Sztuka powinna przypominać ludziom, że są wolni.”

~Jagoda Szelc[ii]

 

Już


[i] Rozmowa z PISF

[ii] Wywiad z Januszem Wróblewskim zamieszczony na stronie polityka.pl

 

 

Julia Drobińska